Inicio
 
   
  Trilogía sucia de La Habana (Fragment)  
 
Wspomnienie czulosci
Pedro Juan Gutiérrez

Otworzylem album. Same gole baby. Na oko jakies trzy setki. We wszystkich pozycjach. Murzynki, Mulatki, biale, blondynki, brunetki. Rozesmiane, powazne, jakie kto chce. Niektóre byly po dwie: calowaly sie, obejmowaly, szczypaly za cycki.

Szukalem jakiejs dobrej muzyki w radiu i wreszcie nastawilem stacje, która zawsze nadawala muzyke latynoamerykanska: salse, son i tego typu rzeczy. Skonczyl sie wlasnie muzyczny kawalek i wtedy odezwal sie ten facet, który chrapliwym glosem i na kompletnym luzie gada zwykle o wszystkim: o swoich dzieciach, o rowerze albo o tym, jak spedzil zeszly wieczór. Glos ma rzeczywiscie imponujacy, a do tego jeszcze ten wulgarny i knajacki akcent, zupelnie jakby gosc cale zycie spedzil na ulicach Hawany Centrum. Mozesz sobie wyobrazic, ze to jakis czarnuch podchodzi do ciebie i mówi: „He, bialas, nie uciekaj! Mam biznes do ciebie”.

Moja zona i ja czesto go sluchalismy. Podobal sie nam. Dotad nikt tak nie mówil w radiu. Facet znal sie na latynoskiej muzyce. Cos tam zawsze powiedzial, zazartowal, a potem od razu puszczal plyte i juz. Zadnych rozwleklych wyjasnien i pokazywania, jaki to on jest madry. Wygladal na inteligentnego Murzyna, a ja sie zawsze bardzo ciesze, gdy trafiam na inteligentnych i pewnych siebie Murzynów, nie takich, którzy nigdy nie patrza ci w oczy i maja te swoja cholerna i pokurczona mentalnosc niewolników.

No dobrze. A wiec zawsze sluchalismy go w domu w tamtych czasach, gdy bylismy szczesliwi i niezle sie nam powodzilo, mimo ze musialem zarabiac na zycie chorym i tchórzliwym dziennikarstwem, pelnym nieustannych koncesji i bezlitosnie cenzurowanym. Dreczylo mnie to, nie powiem, bo coraz bardziej sie czulem zalosnym najemnikiem, któremu co dzien równo placa kopniakami w tylek.

Pózniej moja zona wrócila do Nowego Jorku. Chciala, by ja widziano i zeby o niej slyszano. To normalne. Wszyscy tego chca. Nikt nie chce byc skazany na ciemnosc i milczenie. Wszyscy chca byc widziani i sluchani w swietle reflektorów. A gdyby sie dalo, to jeszcze kupowani, wynajmowani i kuszeni. Napisalem „wszyscy chca”? Powinienem poprawic: „Wszyscy chcemy byc widziani i sluchani”.

Moja zona jest rzezbiarka i malarka. W swiecie sztuki o takich mówi sie, ze sa „wysoko notowani”. Znaczy to, ze sa niezli jako rzezbiarze czy malarze. To bardzo budujace miec wysokie notowania. No wiec w koncu moja zona wyjechala. Mnie wywalili z dziennikarstwa, bo z kazdym dniem stawalem sie coraz bardziej wisceralny. Wylewalem z siebie wszystko na zewnatrz. Takich typów sie nie lubi. No dobra. To byla dluga historia. W kazdym razie powiedzieli mi mniej wiecej cos takiego: „Potrzebujemy ludzi rozsadnych i rozwaznych. Z wyczuciem. Zadnych weredyków, bo kraj jest akurat w trudnym momencie. To moze byc decydujacy etap w naszej historii”.

Wtedy tez dowiedzialem sie, ze ten facet o ochryplym i zapitym glosie nie jest wcale Murzynem. Ze to jakis mlody bialy mezczyzna, i na dodatek po studiach. No cóz, tamten jego image swietnie do niego pasowal.

Zostalem straszliwie samotny. Zawsze tak jest, gdy czlowiek zakocha sie na amen, zupelnie jakby byl niedorostkiem. I oto twoja milosc wyjezdza na dlugo do Nowego Jorku — ktos by powiedzial, ze bierze dupe w troki — a ty zostajesz sam i jeszcze bardziej zagubiony niz rozbitek posrodku pradu zatokowego. Tyle ze ktos mlody szybko z tego wychodzi, natomiast taki czterdziestoczteroletni facet jak ja dlugo nie moze sie pozbierac i caly czas mysli: „Kurwa, znów mi sie to zdarzylo. Dlaczego bylem taki glupi?”

Z Jacqueline bylo jeszcze gorzej, bo do niej nalezy rekord, który bardzo podbudowal moje meskie ego: pewnego razu miala ze mna dwanascie orgazmów. Pod rzad. Mogla miec ich wiecej, ale nie wytrzymalem i w koncu mialem tez swój. Gdybym na nia poczekal, doszlaby co najmniej do dwudziestu. Zwykle miala od osmiu do dziesieciu orgazmów i tamtego rekordu nigdy nie pobila. Cieszylismy sie seksem, bo bylismy szczesliwi. Nie chodzilo przeciez o bicie rekordów. To nie mialy byc zawody, tylko zabawa. Taki fajny sport, który pozwala zachowac mlodosc i kondycje. Zawsze powtarzam: Don’t compete. Play.

Tak czy inaczej, Jacqueline jest zbyt delikatna, by mogla zyc w Hawanie w 1994 roku. Urodzila sie na Manhattanie, a pochodzi z rodziny, w której w ciagu trzech pokolen wymieszali sie Anglicy, Wlosi, Hiszpanie, Francuzi i Kubanczycy z Santiago de Cuba. Ci ostatni rozsiali sie po calych Karaibach od Nowego Orleanu po Wenezuele i Kolumbie. Zupelnie zwariowana rodzina. Ojciec Jacqueline byl weteranem wojennym, przezyl Dzien D w Normandii.

W kazdym razie Jacqueline byla tworem zbyt skomplikowanym i trudno przyswajalnym dla takiego tropikalnego i wisceralnego samca jak ja. Wciaz mi powtarzala: „Ach, w Hawanie nie ma juz kulturalnych ludzi. Wszyscy sa coraz bardziej wulgarni i chamscy, a do tego fatalnie sie ubieraja”. Cos mi tu nie gralo: albo ta elegancja Jacqueline, albo hawanskie chamstwo, albo ja po prostu bylem glupi, bo w sumie nie widzialem dokola nic strasznego i czulem sie niezle w tej mojej Hawanie, choc owszem, bieda zwiekszala sie w galopujacym tempie.

Kiedy zostalem sam, mialem czas, zeby to sobie przemyslec. Mieszkalem w najlepszym chyba miejscu na swiecie: w malutkiej klitce na dachu starego osmiopietrowego budynku w Hawanie Centrum. Póznym popoludniem przygotowywalem sobie szklanke mocnego rumu z lodem i pisalem bardzo ostre wiersze (czasem pól na pól ostre i melancholijne), które pózniej zostawialem gdziekolwiek. Albo pisalem listy. O tej porze wszystko staje sie zlociste, wiec wlasnie wtedy przygladalem sie swiatu. Na pólnocy blekitne i nieprzewidywalne morze stworzone ze zlota i nieba. Na poludniu i na wschodzie bylo stare miasto zniszczone i sponiewierane przez czas, sól, wiatr i ludzka niedbalosc. Na zachodzie nowoczesne dzielnice z wiezowcami. Wszedzie inni ludzie, ich wlasny gwar i muzyka. Lubilem popijac rum w owe zlociste popoludnia, gdy moglem patrzec przez okno lub dlugo tkwic na tarasie, obserwujac port i jego wejscie oflankowane dwiema starodawnymi twierdzami z nagiego, nie otynkowanego kamienia, które w lagodnym swietle przedwieczoru staja sie jeszcze bardziej odwieczne i piekne. Wszystko to stymulowalo mnie do w miare jasnego myslenia. Zastanawialem sie, dlaczego moje zycie jest akurat takie. Próbowalem zrozumiec jego sens. Czasami lubie tak wylatywac nad siebie i z wysoka przygladac sie temu Pedrowi Juanowi.

Tak naprawde owe popoludnia z rumem, zlocistym swiatlem, ostrymi lub melancholijnymi wierszami i z listami do odleglych przyjaciól pozwalaly mi odzyskac pewnosc i zaufanie do siebie. Jesli masz jakies wlasne idee — nawet jesli jest ich niewiele — powinienes zrozumiec, ze wciaz bedziesz spotykac róznych strasznych ludzi, którzy beda próbowali ci przeszkadzac, dolowac cie i „uswiadamiac”, ze opowiadasz bzdury, ze musisz unikac takiego czy innego goscia, bo to wariat, pedal, aspoleczny typ albo zwykly becwal, tamten znów to onanista, zboczeniec i podgladacz, jeszcze inny to zaboboniarz, spirytysta lub cpun. Masz tez uwazac na te wszystkie kurwy, nimfomanki, lesby i inne wyzwolone bezwstydnice. Sprowadzaja ci caly swiat do kilku hybryd, do garstki nudnych, monotonnych, bezplciowych i „doskonalych” osób. Chca z ciebie zrobic gówno: goscia, który odrzuca kazda innosc. Masz sie zaprzedac jednej jedynej sekcie, a cala reszte spuscic z woda.

Beda ci mówic: „Takie jest zycie, mój drogi. Selekcja i eliminacja. My posiedlismy prawde. Inni niech sie w dupe ugryza”. Jesli beda ci to wbijac do glowy przez trzydziesci piec lat, a potem nagle zostaniesz sam, uznasz sie za najlepszego. Cholernie duzo stracisz. Stracisz cos najpiekniejszego w zyciu: radosc z róznorodnosci i z zaakceptowania faktu, ze nie wszyscy jestesmy tacy sami. Ze dzieki temu moze ominac nas nuda.

Dobra. Oto wlasnie facet o ochryplym i zapitym glosie znów pojawil sie w moim radiu. Cos tam popierdolil, a potem puscil salse z Portoryko. Przez chwile tanczylem ja solo. W koncu pomyslalem: „Kurwa, co ja robie, tanczac tak sam ze soba?” Wylaczylem radio i wyszedlem z domu. „Pojade do Mantilli” — zadecydowalem. Pokrecilem sie troche po ulicy, az nadjechal autobus, potem przesiadlem sie do drugiego i w koncu dotarlem do Mantilli, która jest juz na peryferiach Hawany i bardzo mi sie podoba, bo czlowiek moze tam wreszcie zobaczyc czerwona ziemie, zielone pola i pastwiska. Sporo lat przemieszkalem w Mantilli i mam tam kilku przyjaciól. Wstapilem do Joseíta, który kiedys byl taksówkarzem, a potem, gdy nadszedl kryzys, stracil prace i zaczal zarabiac na zycie hazardem. Od dwóch lat juz tak zyl. W Mantilli bylo duzo miejsc, gdzie nielegalnie dalo sie pograc. Od czasu do czasu policja robila nalot na pare wybranych szulerni, wygarniala stamtad ludzi, wsadzala ich do wiezienia i po kilku dniach wypuszczala. Dalem sie namówic Joseítowi. Mialem wszystkiego jakies trzysta peso, a on dziesiec tysiecy. Zapowiadalo sie ostro. Poszlismy do meliny, gdzie Joseíto podobno zawsze mial szczescie.

I faktycznie. Ja swoje trzy stówy przegralem w kwadrans. Szlag mnie trafial, ze dalem sie wyciagnac Joseítowi do tej cholernej szulerni. Mnie nigdy nie udaje sie wygrac ani centa, za to Joseíto od samego poczatku mial farta. Wyszedlem, kiedy byl do przodu o jakies piec tysiecy peso. Ten to ma szczescie! Niezle bym sobie pozyl, gdybym tez mial takie. Joseíto zreszta wcale nie narzeka. Siedzi sobie w tej swojej Mantilli i zawsze mi mówi: „Kurwa, Pedro Juan, gdybym wczesniej wpadl na to, dawno bym olal te pierdolona taksówke”.

Wkurzaly mnie te stracone trzy stówy. Nie lubie przegrywac. Zawsze mnie to bolalo, a teraz na dodatek widzialem, jak latwo Joseítowi przychodzila forsa. Ja, gdy tylko tkne sie kart albo kosci, od razu jestem splukany. Po prostu mam pecha, i to takiego, który tylko mnie dotyka, bo innym przynosze szczescie. Zawsze. Kiedys kupilem sobie auto: starego i zdezelowanego grata, który stal mi przed domem przez tydzien, bo mial pare rzeczy spieprzonych, a mnie brakowalo pieniedzy na naprawe. No i po paru dniach podszedl do mnie taki stary dziadek, Hiszpan z pochodzenia, i powiedzial mi, ze wszyscy dokola stawiaja na numery z mojej tablicy rejestracyjnej: 03657.

—Oj, Pedro Juan, chyba musisz upomniec sie o procent — smial sie. — Wczoraj facet z miesnego wygral trzy patyki na piecdziesiat siedem. I co ty na to?

—A co ja moge? Niech mi skurwiel odpali cos na mechanika. Od tygodnia tu stoje, bo nie mam kasy.

—O kurde, ty to masz niefart! Na twym samochodzie wszyscy zarabiaja, a tobie gówno z tego.

I tak bylo zawsze. Do dupy idzie mi w hazardzie. I w wielu innych rzeczach tez.

Gdy wychodzilem z szulerni, w której Joseíto zbijal kase, mialem jeszcze troche drobnych w kieszeni. Wystarczyloby mi na autobus do Hawany, ale musialem sobie golnac. Cholernie mnie rabnela ta przegrana i zaczela we mnie wzbierac agresja. W takich sytuacjach rum mnie uspokaja. „Zobacze, czy Rene jest w domu” — pomyslalem. René (ja po starej znajomosci i poufale ignoruje ten snobistyczny akcent na ostatniej sylabie) byl niezlym fotografem prasowym. Czesto pracowalismy razem. Lata temu. Kiedys przylapali go, jak robil zdjecia aktów. Takie zwykle fotki ladnych dziewuch na golasa. Zadne porno, zadne robienie lasek czarnuchom. Nic w tym rodzaju. Po prostu fajne akty. Ale i tak zrobila sie chryja. Wywalili go z partii, z redakcji, a potem ze zwiazku dziennikarzy. W koncu nawet zona pokazala mu drzwi i powiedziala, ze sie na nim „zawiodla”. Takie byly czasy. Kuba, która goraczkowo budowala socjalizm, chlubila sie purytanska czystoscia obyczajów w najlepszym inkwizytorskim stylu. Facet nagle znalazl sie na samym dnie. Zamieszkal w obskurnej norze w Mantilli, w jednym pokoiku z synem narkomanem, który zyl z handlu trawka. Zreszta ten jego syn i tak wiecej czasu spedzal w kryminale niz w domu, gdzie sprzedawal marihuane, która sprowadzal z Baracoa. Stamtad tez bral olej kokosowy, kawe i czekolade, ale najlepszym interesem byla jednak górska maryska: swietna i tania, bo mial jej zawsze duzo.

Teraz Rene byl sam. Jego syn narkoman poplynal na tratwie do Miami podczas wielkiej ucieczki w sierpniu dziewiecdziesiatego czwartego. Odtad juz o nim nie slyszal.

—Nie wiem, gdzie on teraz jest. Moze w Miami, a moze go wylowili Amerykanie i zabrali do bazy w Guantánamo. Moze jest w Panamie. Pojecia nie mam. Niech to szlag zwali, Pedro Juan! Do dupy jest ten swiat. Kiedy mieszkal tu ze mna, caly dzien mi pyskowal, ze gdyby nie on, to bym juz dawno wyladowal na ulicy. Pierdole to wszystko. Tak mi juz dokopali w dupe, ze o nikim i o niczym nie chce niczego wiedziec.

Rozplakal sie. Pochlipywal przez nos i wygladalo, ze sam jest juz na niezlym haju.

—Sluchaj, Rene, jestem twoim kumplem. Nie pierdol, tylko chodzmy i poszukajmy gdzies rumu.

—Jest jeszcze troche w kuchni. Przynies go tutaj.

Byl to straszny bimber. Pól butelki trutki na karaluchy. Pociagnalem lyk z gwinta.

—Na milosc boska, Rene! Czym ty sie trujesz? Z czego to robia?

—Z cukru, choc moze tego nie czuc. Mam to od sasiada. Wiem, ze to gówno, ale juz sie przyzwyczailem. Chcesz sie sztachnac? Skrec sobie jointa. Suport jest w szufladzie.

—Czemu tak mówisz? Skad ci sie to wzielo? Chcesz byc cool?

—Przyczepilo mi sie od kurw, które tu przychodza. Malpuja tych swoich Hiszpanów i chca mówic jak oni. „Wyloguj sie”, „masz fajny interfejs”, „sorry, to krytyczny wyjatek”. To idiotki. Jakis kawalek mózgu im sie wyzerowal. Mnie tez. Mnie tez wyzerowal sie kawalek mózgu i mówie jak ci wszyscy pólwyspiarze i ich czarne dziwki.

Zapalilismy po skrecie i przez chwile siedzielismy w milczeniu. Zamknalem oczy, by lepiej czuc marihuane. Zadna nie ma takiego smaku i zapachu jak ta z Baracoa. Ale i tak daje kopa. Nie zaciagalem sie za mocno. Pomyslalem sobie, ze powinienem pojechac do Baracoa i przywiezc stamtad pare paczek trawki. Syn Renego zawsze przywozil jeszcze olej kokosowy, kawe i czekolade, bo kawa zabija zapach marihuany. Ja tez tak zrobie. Zastanawialem sie nad tym wszystkim, kiedy nagle Rene wstal, wyciagnal z szuflady album ze zdjeciami i polozyl mi go na kolanach.

—Zobacz to sobie, Pedro Juan.

Troche platal mu sie jezyk po alkoholu i marysce. Zmeczonym i zniecheconym ruchem opadl znów na fotel. W ogóle nie powinienem byl tu przychodzic. U Renego czlowiek od razu zanurza sie w ciezkiej atmosferze gówna i beznadziei. To jest cholernie zarazliwe. Zupelnie jakbys wdychal jakis trujacy gaz, który cie dusi i przenika do krwi. Nie, Rene nie byl kims do rozmowy. Mnie potrzebny by byl jakis twardy kumpel. Facet, który pomóglby mi wyjsc z tego mojego dolka i przy którym potrafilbym zapomniec o dawnych i szczesliwych czasach. Teraz sam musialem stac sie twardy jak kamien.

Otworzylem album. Same gole baby. Na oko jakies trzy setki. We wszystkich pozycjach. Murzynki, Mulatki, biale, blondynki, brunetki. Rozesmiane, powazne, jakie kto chce. Niektóre byly po dwie: calowaly sie, obejmowaly, szczypaly za cycki.

—Rene, co to jest?

—Kurwy, chlopie, po prostu kurwy. Taki katalog kurw. Prawie kazdy taksówkarz ma przy sobie ten album. Turysta pyta o towar, pokazujesz mu zdjecia, on wybiera, a ty odwozisz go pod same drzwi.

—Swietnie, Rene! A wiec masz akredytacje u hawanskich gwiazd! Rene, oficjalny fotograf gwiazd!

—Rene, fotograf kurw. Chlopie, zniszczyli mnie. Jestem teraz gównem.

—Nie pierdol, Rene. Jesli robisz na tym kase…

—Wiesz, ze jestem artysta, a to gówniane zajecie, naprawde…

—Sluchaj, rece opadaja. Nie badz taki dupek. Wykorzystaj te kurwy. Rób te swoje swinskie zdjecia i rób je dobrze. Niech to beda ostre akty, na przyklad czarno-biale. Pstrykaj te dziwki w pokoju, w lózku, wszedzie. Zlap atmosfere, a potem, za pare lat, zrobisz cholernie fajna wystawe: „Hawanskie kurwy”. Napiszesz taki wstep do katalogu, ze niech sie schowa sam Sebastiao Salgado.

—Co ty, w tym kraju? Hawanskie kurwy?

—W tym albo w innym. Zabierz sie do roboty, a potem pomyslisz, gdzie bedzie wystawa. W koncu jesli zle ci tutaj, zwijaj manatki i spieprzaj gdziekolwiek, byle dalej od Kuby. Ale najpierw wez sie w garsc, bo nie mozesz reszty zycia przesrac w tej cholernej norze.

—Wiesz co… Moze to jest pomysl.

—Jasne. Tylko rusz sie. Zobaczysz, ze wyjdziesz z tego dolka. Sluchaj, czy twój syn ma jakichs kumpli w Baracoa?

—A po co ci oni?

—Chce stamtad przywiezc troche marihuany. Nie mam kasy, Rene, i musze pomyslec, jak skombinowac pare peso.

—Zapytaj o Ramoncita. Ramoncito Wariat, tak go nazywaja. Mieszka na skraju, przy szosie do La Farola. Kazdy go tam zna. Powiedz, ze jestes ode mnie i ze to ja potrzebuje maryski, moze ci ja sprzeda troche taniej. Tylko uwazaj i nie pokazuj sie z nim za bardzo, bo wszyscy tam wiedza, ze dziadek zyje z marihuany, i policja moze cie namierzyc. Bedziesz spalony.

—Dobra, bracie, dzieki. Trzymaj sie i na razie.

Powinienem jak najszybciej pojechac do Baracoa. Biznes biznesem, ale moze znajde tam sobie jakas dupiasta Indianke, i to taka, przy której kazdy facet czuje sie prawdziwym macho. Ci Indianie prawie w ogóle sie nie wymieszali ani z bialymi, ani z czarnymi. Chyba warto sie tam wybrac. Tam sa inni ludzie.

© Pedro Juan Gutiérrez

Fragment ksiazki Brudna trylogia o Hawanie

Fragmenty Dwie siostry i posrodku ja
 
   
   
Arriba