| |
Otworzylem album. Same gole baby. Na
oko jakies trzy setki. We wszystkich pozycjach. Murzynki,
Mulatki, biale, blondynki, brunetki. Rozesmiane, powazne,
jakie kto chce. Niektóre byly po dwie: calowaly sie,
obejmowaly, szczypaly za cycki.
Szukalem jakiejs dobrej muzyki w radiu
i wreszcie nastawilem stacje, która zawsze nadawala
muzyke latynoamerykanska: salse, son i tego typu rzeczy. Skonczyl
sie wlasnie muzyczny kawalek i wtedy odezwal sie ten facet,
który chrapliwym glosem i na kompletnym luzie gada
zwykle o wszystkim: o swoich dzieciach, o rowerze albo o tym,
jak spedzil zeszly wieczór. Glos ma rzeczywiscie imponujacy,
a do tego jeszcze ten wulgarny i knajacki akcent, zupelnie
jakby gosc cale zycie spedzil na ulicach Hawany Centrum. Mozesz
sobie wyobrazic, ze to jakis czarnuch podchodzi do ciebie
i mówi: „He, bialas, nie uciekaj! Mam biznes
do ciebie”.
Moja zona i ja czesto go sluchalismy. Podobal
sie nam. Dotad nikt tak nie mówil w radiu. Facet znal
sie na latynoskiej muzyce. Cos tam zawsze powiedzial, zazartowal,
a potem od razu puszczal plyte i juz. Zadnych rozwleklych
wyjasnien i pokazywania, jaki to on jest madry. Wygladal na
inteligentnego Murzyna, a ja sie zawsze bardzo ciesze, gdy
trafiam na inteligentnych i pewnych siebie Murzynów,
nie takich, którzy nigdy nie patrza ci w oczy i maja
te swoja cholerna i pokurczona mentalnosc niewolników.
No dobrze. A wiec zawsze sluchalismy go
w domu w tamtych czasach, gdy bylismy szczesliwi i niezle
sie nam powodzilo, mimo ze musialem zarabiac na zycie chorym
i tchórzliwym dziennikarstwem, pelnym nieustannych
koncesji i bezlitosnie cenzurowanym. Dreczylo mnie to, nie
powiem, bo coraz bardziej sie czulem zalosnym najemnikiem,
któremu co dzien równo placa kopniakami w tylek.
Pózniej moja zona wrócila
do Nowego Jorku. Chciala, by ja widziano i zeby o niej slyszano.
To normalne. Wszyscy tego chca. Nikt nie chce byc skazany
na ciemnosc i milczenie. Wszyscy chca byc widziani i sluchani
w swietle reflektorów. A gdyby sie dalo, to jeszcze
kupowani, wynajmowani i kuszeni. Napisalem „wszyscy
chca”? Powinienem poprawic: „Wszyscy chcemy byc
widziani i sluchani”.
Moja zona jest rzezbiarka i malarka. W
swiecie sztuki o takich mówi sie, ze sa „wysoko
notowani”. Znaczy to, ze sa niezli jako rzezbiarze czy
malarze. To bardzo budujace miec wysokie notowania. No wiec
w koncu moja zona wyjechala. Mnie wywalili z dziennikarstwa,
bo z kazdym dniem stawalem sie coraz bardziej wisceralny.
Wylewalem z siebie wszystko na zewnatrz. Takich typów
sie nie lubi. No dobra. To byla dluga historia. W kazdym razie
powiedzieli mi mniej wiecej cos takiego: „Potrzebujemy
ludzi rozsadnych i rozwaznych. Z wyczuciem. Zadnych weredyków,
bo kraj jest akurat w trudnym momencie. To moze byc decydujacy
etap w naszej historii”.
Wtedy tez dowiedzialem sie, ze ten facet
o ochryplym i zapitym glosie nie jest wcale Murzynem. Ze to
jakis mlody bialy mezczyzna, i na dodatek po studiach. No
cóz, tamten jego image swietnie do niego pasowal.
Zostalem straszliwie samotny. Zawsze tak
jest, gdy czlowiek zakocha sie na amen, zupelnie jakby byl
niedorostkiem. I oto twoja milosc wyjezdza na dlugo do Nowego
Jorku — ktos by powiedzial, ze bierze dupe w troki —
a ty zostajesz sam i jeszcze bardziej zagubiony niz rozbitek
posrodku pradu zatokowego. Tyle ze ktos mlody szybko z tego
wychodzi, natomiast taki czterdziestoczteroletni facet jak
ja dlugo nie moze sie pozbierac i caly czas mysli: „Kurwa,
znów mi sie to zdarzylo. Dlaczego bylem taki glupi?”
Z Jacqueline bylo jeszcze gorzej, bo do
niej nalezy rekord, który bardzo podbudowal moje meskie
ego: pewnego razu miala ze mna dwanascie orgazmów.
Pod rzad. Mogla miec ich wiecej, ale nie wytrzymalem i w koncu
mialem tez swój. Gdybym na nia poczekal, doszlaby co
najmniej do dwudziestu. Zwykle miala od osmiu do dziesieciu
orgazmów i tamtego rekordu nigdy nie pobila. Cieszylismy
sie seksem, bo bylismy szczesliwi. Nie chodzilo przeciez o
bicie rekordów. To nie mialy byc zawody, tylko zabawa.
Taki fajny sport, który pozwala zachowac mlodosc i
kondycje. Zawsze powtarzam: Don’t compete. Play.
Tak czy inaczej, Jacqueline jest zbyt delikatna,
by mogla zyc w Hawanie w 1994 roku. Urodzila sie na Manhattanie,
a pochodzi z rodziny, w której w ciagu trzech pokolen
wymieszali sie Anglicy, Wlosi, Hiszpanie, Francuzi i Kubanczycy
z Santiago de Cuba. Ci ostatni rozsiali sie po calych Karaibach
od Nowego Orleanu po Wenezuele i Kolumbie. Zupelnie zwariowana
rodzina. Ojciec Jacqueline byl weteranem wojennym, przezyl
Dzien D w Normandii.
W kazdym razie Jacqueline byla tworem zbyt
skomplikowanym i trudno przyswajalnym dla takiego tropikalnego
i wisceralnego samca jak ja. Wciaz mi powtarzala: „Ach,
w Hawanie nie ma juz kulturalnych ludzi. Wszyscy sa coraz
bardziej wulgarni i chamscy, a do tego fatalnie sie ubieraja”.
Cos mi tu nie gralo: albo ta elegancja Jacqueline, albo hawanskie
chamstwo, albo ja po prostu bylem glupi, bo w sumie nie widzialem
dokola nic strasznego i czulem sie niezle w tej mojej Hawanie,
choc owszem, bieda zwiekszala sie w galopujacym tempie.
Kiedy zostalem sam, mialem czas, zeby to
sobie przemyslec. Mieszkalem w najlepszym chyba miejscu na
swiecie: w malutkiej klitce na dachu starego osmiopietrowego
budynku w Hawanie Centrum. Póznym popoludniem przygotowywalem
sobie szklanke mocnego rumu z lodem i pisalem bardzo ostre
wiersze (czasem pól na pól ostre i melancholijne),
które pózniej zostawialem gdziekolwiek. Albo
pisalem listy. O tej porze wszystko staje sie zlociste, wiec
wlasnie wtedy przygladalem sie swiatu. Na pólnocy blekitne
i nieprzewidywalne morze stworzone ze zlota i nieba. Na poludniu
i na wschodzie bylo stare miasto zniszczone i sponiewierane
przez czas, sól, wiatr i ludzka niedbalosc. Na zachodzie
nowoczesne dzielnice z wiezowcami. Wszedzie inni ludzie, ich
wlasny gwar i muzyka. Lubilem popijac rum w owe zlociste popoludnia,
gdy moglem patrzec przez okno lub dlugo tkwic na tarasie,
obserwujac port i jego wejscie oflankowane dwiema starodawnymi
twierdzami z nagiego, nie otynkowanego kamienia, które
w lagodnym swietle przedwieczoru staja sie jeszcze bardziej
odwieczne i piekne. Wszystko to stymulowalo mnie do w miare
jasnego myslenia. Zastanawialem sie, dlaczego moje zycie jest
akurat takie. Próbowalem zrozumiec jego sens. Czasami
lubie tak wylatywac nad siebie i z wysoka przygladac sie temu
Pedrowi Juanowi.
Tak naprawde owe popoludnia z rumem, zlocistym
swiatlem, ostrymi lub melancholijnymi wierszami i z listami
do odleglych przyjaciól pozwalaly mi odzyskac pewnosc
i zaufanie do siebie. Jesli masz jakies wlasne idee —
nawet jesli jest ich niewiele — powinienes zrozumiec,
ze wciaz bedziesz spotykac róznych strasznych ludzi,
którzy beda próbowali ci przeszkadzac, dolowac
cie i „uswiadamiac”, ze opowiadasz bzdury, ze
musisz unikac takiego czy innego goscia, bo to wariat, pedal,
aspoleczny typ albo zwykly becwal, tamten znów to onanista,
zboczeniec i podgladacz, jeszcze inny to zaboboniarz, spirytysta
lub cpun. Masz tez uwazac na te wszystkie kurwy, nimfomanki,
lesby i inne wyzwolone bezwstydnice. Sprowadzaja ci caly swiat
do kilku hybryd, do garstki nudnych, monotonnych, bezplciowych
i „doskonalych” osób. Chca z ciebie zrobic
gówno: goscia, który odrzuca kazda innosc. Masz
sie zaprzedac jednej jedynej sekcie, a cala reszte spuscic
z woda.
Beda ci mówic: „Takie jest
zycie, mój drogi. Selekcja i eliminacja. My posiedlismy
prawde. Inni niech sie w dupe ugryza”. Jesli beda ci
to wbijac do glowy przez trzydziesci piec lat, a potem nagle
zostaniesz sam, uznasz sie za najlepszego. Cholernie duzo
stracisz. Stracisz cos najpiekniejszego w zyciu: radosc z
róznorodnosci i z zaakceptowania faktu, ze nie wszyscy
jestesmy tacy sami. Ze dzieki temu moze ominac nas nuda.
Dobra. Oto wlasnie facet o ochryplym i
zapitym glosie znów pojawil sie w moim radiu. Cos tam
popierdolil, a potem puscil salse z Portoryko. Przez chwile
tanczylem ja solo. W koncu pomyslalem: „Kurwa, co ja
robie, tanczac tak sam ze soba?” Wylaczylem radio i
wyszedlem z domu. „Pojade do Mantilli” —
zadecydowalem. Pokrecilem sie troche po ulicy, az nadjechal
autobus, potem przesiadlem sie do drugiego i w koncu dotarlem
do Mantilli, która jest juz na peryferiach Hawany i
bardzo mi sie podoba, bo czlowiek moze tam wreszcie zobaczyc
czerwona ziemie, zielone pola i pastwiska. Sporo lat przemieszkalem
w Mantilli i mam tam kilku przyjaciól. Wstapilem do
Joseíta, który kiedys byl taksówkarzem,
a potem, gdy nadszedl kryzys, stracil prace i zaczal zarabiac
na zycie hazardem. Od dwóch lat juz tak zyl. W Mantilli
bylo duzo miejsc, gdzie nielegalnie dalo sie pograc. Od czasu
do czasu policja robila nalot na pare wybranych szulerni,
wygarniala stamtad ludzi, wsadzala ich do wiezienia i po kilku
dniach wypuszczala. Dalem sie namówic Joseítowi.
Mialem wszystkiego jakies trzysta peso, a on dziesiec tysiecy.
Zapowiadalo sie ostro. Poszlismy do meliny, gdzie Joseíto
podobno zawsze mial szczescie.
I faktycznie. Ja swoje trzy stówy
przegralem w kwadrans. Szlag mnie trafial, ze dalem sie wyciagnac
Joseítowi do tej cholernej szulerni. Mnie nigdy nie
udaje sie wygrac ani centa, za to Joseíto od samego
poczatku mial farta. Wyszedlem, kiedy byl do przodu o jakies
piec tysiecy peso. Ten to ma szczescie! Niezle bym sobie pozyl,
gdybym tez mial takie. Joseíto zreszta wcale nie narzeka.
Siedzi sobie w tej swojej Mantilli i zawsze mi mówi:
„Kurwa, Pedro Juan, gdybym wczesniej wpadl na to, dawno
bym olal te pierdolona taksówke”.
Wkurzaly mnie te stracone trzy stówy.
Nie lubie przegrywac. Zawsze mnie to bolalo, a teraz na dodatek
widzialem, jak latwo Joseítowi przychodzila forsa.
Ja, gdy tylko tkne sie kart albo kosci, od razu jestem splukany.
Po prostu mam pecha, i to takiego, który tylko mnie
dotyka, bo innym przynosze szczescie. Zawsze. Kiedys kupilem
sobie auto: starego i zdezelowanego grata, który stal
mi przed domem przez tydzien, bo mial pare rzeczy spieprzonych,
a mnie brakowalo pieniedzy na naprawe. No i po paru dniach
podszedl do mnie taki stary dziadek, Hiszpan z pochodzenia,
i powiedzial mi, ze wszyscy dokola stawiaja na numery z mojej
tablicy rejestracyjnej: 03657.
—Oj, Pedro Juan, chyba musisz upomniec
sie o procent — smial sie. — Wczoraj facet z miesnego
wygral trzy patyki na piecdziesiat siedem. I co ty na to?
—A co ja moge? Niech mi skurwiel
odpali cos na mechanika. Od tygodnia tu stoje, bo nie mam
kasy.
—O kurde, ty to masz niefart! Na
twym samochodzie wszyscy zarabiaja, a tobie gówno z
tego.
I tak bylo zawsze. Do dupy idzie mi w hazardzie.
I w wielu innych rzeczach tez.
Gdy wychodzilem z szulerni, w której
Joseíto zbijal kase, mialem jeszcze troche drobnych
w kieszeni. Wystarczyloby mi na autobus do Hawany, ale musialem
sobie golnac. Cholernie mnie rabnela ta przegrana i zaczela
we mnie wzbierac agresja. W takich sytuacjach rum mnie uspokaja.
„Zobacze, czy Rene jest w domu” — pomyslalem.
René (ja po starej znajomosci i poufale ignoruje ten
snobistyczny akcent na ostatniej sylabie) byl niezlym fotografem
prasowym. Czesto pracowalismy razem. Lata temu. Kiedys przylapali
go, jak robil zdjecia aktów. Takie zwykle fotki ladnych
dziewuch na golasa. Zadne porno, zadne robienie lasek czarnuchom.
Nic w tym rodzaju. Po prostu fajne akty. Ale i tak zrobila
sie chryja. Wywalili go z partii, z redakcji, a potem ze zwiazku
dziennikarzy. W koncu nawet zona pokazala mu drzwi i powiedziala,
ze sie na nim „zawiodla”. Takie byly czasy. Kuba,
która goraczkowo budowala socjalizm, chlubila sie purytanska
czystoscia obyczajów w najlepszym inkwizytorskim stylu.
Facet nagle znalazl sie na samym dnie. Zamieszkal w obskurnej
norze w Mantilli, w jednym pokoiku z synem narkomanem, który
zyl z handlu trawka. Zreszta ten jego syn i tak wiecej czasu
spedzal w kryminale niz w domu, gdzie sprzedawal marihuane,
która sprowadzal z Baracoa. Stamtad tez bral olej kokosowy,
kawe i czekolade, ale najlepszym interesem byla jednak górska
maryska: swietna i tania, bo mial jej zawsze duzo.
Teraz Rene byl sam. Jego syn narkoman poplynal
na tratwie do Miami podczas wielkiej ucieczki w sierpniu dziewiecdziesiatego
czwartego. Odtad juz o nim nie slyszal.
—Nie wiem, gdzie on teraz jest. Moze
w Miami, a moze go wylowili Amerykanie i zabrali do bazy w
Guantánamo. Moze jest w Panamie. Pojecia nie mam. Niech
to szlag zwali, Pedro Juan! Do dupy jest ten swiat. Kiedy
mieszkal tu ze mna, caly dzien mi pyskowal, ze gdyby nie on,
to bym juz dawno wyladowal na ulicy. Pierdole to wszystko.
Tak mi juz dokopali w dupe, ze o nikim i o niczym nie chce
niczego wiedziec.
Rozplakal sie. Pochlipywal przez nos i
wygladalo, ze sam jest juz na niezlym haju.
—Sluchaj, Rene, jestem twoim kumplem.
Nie pierdol, tylko chodzmy i poszukajmy gdzies rumu.
—Jest jeszcze troche w kuchni. Przynies
go tutaj.
Byl to straszny bimber. Pól butelki
trutki na karaluchy. Pociagnalem lyk z gwinta.
—Na milosc boska, Rene! Czym ty sie
trujesz? Z czego to robia?
—Z cukru, choc moze tego nie czuc.
Mam to od sasiada. Wiem, ze to gówno, ale juz sie przyzwyczailem.
Chcesz sie sztachnac? Skrec sobie jointa. Suport jest w szufladzie.
—Czemu tak mówisz? Skad ci
sie to wzielo? Chcesz byc cool?
—Przyczepilo mi sie od kurw, które
tu przychodza. Malpuja tych swoich Hiszpanów i chca
mówic jak oni. „Wyloguj sie”, „masz
fajny interfejs”, „sorry, to krytyczny wyjatek”.
To idiotki. Jakis kawalek mózgu im sie wyzerowal. Mnie
tez. Mnie tez wyzerowal sie kawalek mózgu i mówie
jak ci wszyscy pólwyspiarze i ich czarne dziwki.
Zapalilismy po skrecie i przez chwile siedzielismy
w milczeniu. Zamknalem oczy, by lepiej czuc marihuane. Zadna
nie ma takiego smaku i zapachu jak ta z Baracoa. Ale i tak
daje kopa. Nie zaciagalem sie za mocno. Pomyslalem sobie,
ze powinienem pojechac do Baracoa i przywiezc stamtad pare
paczek trawki. Syn Renego zawsze przywozil jeszcze olej kokosowy,
kawe i czekolade, bo kawa zabija zapach marihuany. Ja tez
tak zrobie. Zastanawialem sie nad tym wszystkim, kiedy nagle
Rene wstal, wyciagnal z szuflady album ze zdjeciami i polozyl
mi go na kolanach.
—Zobacz to sobie, Pedro Juan.
Troche platal mu sie jezyk po alkoholu
i marysce. Zmeczonym i zniecheconym ruchem opadl znów
na fotel. W ogóle nie powinienem byl tu przychodzic.
U Renego czlowiek od razu zanurza sie w ciezkiej atmosferze
gówna i beznadziei. To jest cholernie zarazliwe. Zupelnie
jakbys wdychal jakis trujacy gaz, który cie dusi i
przenika do krwi. Nie, Rene nie byl kims do rozmowy. Mnie
potrzebny by byl jakis twardy kumpel. Facet, który
pomóglby mi wyjsc z tego mojego dolka i przy którym
potrafilbym zapomniec o dawnych i szczesliwych czasach. Teraz
sam musialem stac sie twardy jak kamien.
Otworzylem album. Same gole baby. Na oko
jakies trzy setki. We wszystkich pozycjach. Murzynki, Mulatki,
biale, blondynki, brunetki. Rozesmiane, powazne, jakie kto
chce. Niektóre byly po dwie: calowaly sie, obejmowaly,
szczypaly za cycki.
—Rene, co to jest?
—Kurwy, chlopie, po prostu kurwy.
Taki katalog kurw. Prawie kazdy taksówkarz ma przy
sobie ten album. Turysta pyta o towar, pokazujesz mu zdjecia,
on wybiera, a ty odwozisz go pod same drzwi.
—Swietnie, Rene! A wiec masz akredytacje
u hawanskich gwiazd! Rene, oficjalny fotograf gwiazd!
—Rene, fotograf kurw. Chlopie, zniszczyli
mnie. Jestem teraz gównem.
—Nie pierdol, Rene. Jesli robisz
na tym kase…
—Wiesz, ze jestem artysta, a to gówniane
zajecie, naprawde…
—Sluchaj, rece opadaja. Nie badz
taki dupek. Wykorzystaj te kurwy. Rób te swoje swinskie
zdjecia i rób je dobrze. Niech to beda ostre akty,
na przyklad czarno-biale. Pstrykaj te dziwki w pokoju, w lózku,
wszedzie. Zlap atmosfere, a potem, za pare lat, zrobisz cholernie
fajna wystawe: „Hawanskie kurwy”. Napiszesz taki
wstep do katalogu, ze niech sie schowa sam Sebastiao Salgado.
—Co ty, w tym kraju? Hawanskie kurwy?
—W tym albo w innym. Zabierz sie
do roboty, a potem pomyslisz, gdzie bedzie wystawa. W koncu
jesli zle ci tutaj, zwijaj manatki i spieprzaj gdziekolwiek,
byle dalej od Kuby. Ale najpierw wez sie w garsc, bo nie mozesz
reszty zycia przesrac w tej cholernej norze.
—Wiesz co… Moze to jest pomysl.
—Jasne. Tylko rusz sie. Zobaczysz,
ze wyjdziesz z tego dolka. Sluchaj, czy twój syn ma
jakichs kumpli w Baracoa?
—A po co ci oni?
—Chce stamtad przywiezc troche marihuany.
Nie mam kasy, Rene, i musze pomyslec, jak skombinowac pare
peso.
—Zapytaj o Ramoncita. Ramoncito Wariat,
tak go nazywaja. Mieszka na skraju, przy szosie do La Farola.
Kazdy go tam zna. Powiedz, ze jestes ode mnie i ze to ja potrzebuje
maryski, moze ci ja sprzeda troche taniej. Tylko uwazaj i
nie pokazuj sie z nim za bardzo, bo wszyscy tam wiedza, ze
dziadek zyje z marihuany, i policja moze cie namierzyc. Bedziesz
spalony.
—Dobra, bracie, dzieki. Trzymaj sie
i na razie.
Powinienem jak najszybciej pojechac do
Baracoa. Biznes biznesem, ale moze znajde tam sobie jakas
dupiasta Indianke, i to taka, przy której kazdy facet
czuje sie prawdziwym macho. Ci Indianie prawie w ogóle
sie nie wymieszali ani z bialymi, ani z czarnymi. Chyba warto
sie tam wybrac. Tam sa inni ludzie.
© Pedro Juan Gutiérrez
Fragment ksiazki Brudna
trylogia o Hawanie
|